4 stycznia 2018

Idę sobie polatać. Lubię swoją pracę

Na początku jest zdziwienie, a po lawinie pytań każdy stwierdza, że mam fajną pracę. Trudno się z tym nie zgodzić, tym bardziej, że za sterami naprawdę czuje się wolny - mówi Piotr Kolobius, 30-letni pilot PZL-Świdnik.

Krzysztof Olszewski: Skąd pan pochodzi?
Piotr Kolobius, pilot PZL-Świdnik: Ze Śląska. Z Raciborza. Tam się urodziłem i wychowałem. Ale z domu wyjechałem, już podczas studiów.

Jakieś lotnicze tradycje w rodzinie?
Mama jest pracownikiem socjalnym, a mój tata pracował w górnictwie. Natomiast mój dziadek był w jakiś sposób powiązany z lotnictwem. Widziałem wiele jego zdjęć przy samolotach, opowiadał mi wiele historii związanych z lataniem. Może stąd wzięła się moja pasja do latania? Może dlatego wyjechałem do Rzeszowa, by na Politechnice studiować lotnictwo i kosmonautykę?

To już jesteśmy coraz bliżej Świdnika…
Podczas studiów w Rzeszowie dowiedziałem się o Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Chełmie i kierunku, na którym można było zrobić śmigłowcowe uprawnienia lotnicze. Po ukończeniu Politechniki Rzeszowskiej udało mi się dostać do szkoły w Chełmie, a dzięki temu na kurs pilota śmigłowca. Samo latanie nie było wtedy dla mnie tajemnicą, bo już miałem licencję pilota turystycznego.

A gdyby chciał pan zrobić licencję śmigłowcową prywatnie?
To trzeba liczyć się z wydatkami rzędu kilkuset tysięcy złotych, zwłaszcza jeśli mówimy o śmigłowcach. Dlaczego tak dużo? Po pierwsze, wystarczy spojrzeć na rynek. Wynajęcie samolotu, to koszt nawet czterokrotnie niższy niż godzina lotu śmigłowcem. A wynika to z tego, ze śmigłowców w Polsce mamy znacznie mniej niż samolotów. Po drugie, śmigłowiec to bardziej skomplikowany statek powietrzny i jego eksploatacja jest znacznie droższa.

Po zdobyciu licencji pilota śmigłowcowego i ukończeniu szkoły w Chełmie od razu dostał pan pracę za sterami?
Niestety to nie jest takie proste. Uczelnia takich gwarancji nie daje, natomiast przybliża do realizacji planów życiowych.

A wydaje się, że konkurencja na tym rynku nie jest duża…
W Polsce są trzy źródła skąd wywodzą się piloci. To jest wojsko, czasem osoby prywatne, które na to stać oraz państwowe uczelnie - tak jak ta w Chełmie lub Szkoła Orląt w Dęblinie, czy też Politechnika w Rzeszowie. Co roku na rynku pojawiają się dziesiątki pilotów. Na rynku samolotowym jest więcej miejsc pracy. Jednak w branży śmigłowcowej dzieje się coraz lepiej, choć zdarza się, że pracy trzeba szukać nie tylko w Polsce.

Ale pan został w Polsce. Nigdy nie pojawił się pomysł - wyjeżdżam?
Myślałem o tym, ale skoro udało się znaleźć pracę, o której marzyłem, w Świdniku, to już nie było takiej potrzeby.

A to Świdnik pana odnalazł, czy to pan musiał starać się o prace w tym miejscu?
Plan był taki. Kończymy studia, bierzemy ślub, zaczynamy pracę, zakładamy rodzinę. Gdy moja żona przyjechała do mnie do Chełma z Raciborza, był to odpowiedni czas na szukanie pracy. Chciałem, żeby to była firma związana z branżą lotniczą i była blisko domu. Do Świdnika było najbliżej.

A przyszłą żonę poderwał pan opowiadając:…jestem pilotem śmigłowca?
Nie (śmiech). Poznaliśmy się znacznie wcześniej, zanim zdobyłem licencje.

W Świdniku zatrudnił się pan jako pilot?
W PZL pracuję od 2013 roku. Początkowo byłem zatrudniony na stanowisku, o którym niekoniecznie zawsze marzyłem, lecz na takim, które stwarzało wiele wyzwań. To mi odpowiadało. Zaczynałem - ze względu na wykształcenie - jako konstruktor, w dziale serwisu. Przez jakieś półtora roku miałem kontakt z ludźmi, którzy latają maszynami ze Świdnika.

Czyli taki helpdesk? Dzwoni klient i mówi, że mu śmigłowiec nie działa i trzeba mu pomóc?
No może nie dokładnie tak. Procedury są trochę bardziej skomplikowane. Najpierw trzeba skontaktować się z firmą opisując problem. Czasami zdarzało się, że dostawałem od klienta telefon, że coś się dzieje. Wtedy pakowaliśmy się i jechaliśmy z pomocą. Dzięki temu odwiedziłem parę miejsc w Europie m. in. Hiszpanię, gdzie nasze helikoptery wykorzystywane są do gaszenia pożarów.

Po półtora roku firma skorzystała z pana doświadczeń jako pilota?
Tak. Zanim jednak to nastąpiło musiałem przejść wiele specjalistycznych szkoleń, dostosowanych do potrzeb naszej firmy, które przeprowadzane były przez doświadczonych instruktorów, teraz moich kolegów z pracy. Aktualnie zatrudniony jestem na stanowisku pilota. Biorę udział w lotach doświadczalnych, kontrolnych, czy lotach, podczas których konfigurowane są nowe łopaty śmigłowców. Gdy jest taka potrzeba latamy również do klientów i z klientami firmy. Pracy jest dużo.

A żona co mówi o pana pracy?
Akceptuje i od początku mi kibicuje. Podtrzymuje też na duchu. Tak też było gdy miałem wątpliwości, czy w ogóle będę pracował jako pilot. Przyznam, że nie bardzo wierzyłem, że to się uda gdy zostałem zatrudniony w Świdniku, a nie do końca odnajdowałem się w pracy z komputerem. Dlatego też gdybym nie został pilotem w Świdniku, zacząłbym pewnie szukać pracy gdzieś na świecie. Na szczęście nie było takiej potrzeby.

Czyli teraz już pan nigdzie nie odlatuje?
Nie. Robię to co lubię. A latanie to taki miły przerywnik codzienności, gdy można wsiąść do śmigłowca i zapomnieć o tym, co znajduje się poniżej.

A co robi pilot, gdy nie lata?
Dużo pracujemy z dokumentacją np. instrukcjami do śmigłowców. Każdy z typów wymaga osobnej dokumentacji, bo każdy z nich jest inny, dostosowany do indywidualnych potrzeb klienta.

A w domu?
Rodzina. Syn i żona, która zajmuje się diagnostyką problemów prokreacyjnych czy dziedziczeniem nowotworów u ludzi.

Autor: Karolina Bator

Żona leciała kiedyś z mężem?
Tak. Choć było to dość zabawne, bo po chwili usnęła w śmigłowcu. Chyba wibracje ją tak utuliły do snu. Ale lot z mężem jej się podobał.

Co daje Panu największą satysfakcję w pracy?
Pilotaż. Czuje się wolny. Za sterami można zapomnieć o tym co znajduje się pod nami, pobujać w obłokach. Jestem wtedy ponad tym wszystkim, skupiam się na lataniu.

A jak wychodzi pan do pracy, to mówi żonie: Kochanie idę trochę polatać?
Czasami tak, ale nie dziwi jej już to, choć dalej brzmi zabawnie.

A jak reagują nowo poznani znajomi, gdy mówi pan w towarzyskiej rozmowie: jestem pilotem?
Na początku jest zdziwienie. Może dlatego, że jestem młodą osobą - mam 30 lat, a pilot kojarzy się z kimś zupełnie innym. A zaraz po tym pojawia się pytanie…ale jak to pilot…? Następnie każdy podsumowuje, że mam fajną pracę. Trudno się z tym nie zgodzić, ale trzeba również pamiętać, że to niebezpieczna praca. Śmigłowiec to urządzenie mechaniczne, w którym zawsze może się coś zepsuć. Ponadto wykonujemy loty doświadczalne, które na ogół obarczone są większym ryzykiem od pozostałych lotów.

Panu się już coś zepsuło w powietrzu?
Na razie większe problemy, podczas których odmawia się Zdrowaśki, mnie omijają.

Podziel się na: Udostępnij Tweetnij Wykop